Ból w lewej nodze

Któregoś wieczoru pani Martin, czując się dobrze jak zwykle, wybrała się sama do teatru. Wracała dogodnym autobusem, który zatrzymywał się o przecznicę od jej domu. (Taksówki były zbyt drogie jak na jej możliwości finansowe, a metra unikała jako miejsca napadów.) Przyjechała na swój przystanek mniej więcej piętnaście po jedenastej i zaczęła powoli iść w kierunku domu. Za chwilę, po przejściu jeszcze paru jardów, miała ujrzeć dom i portiera. Czuła się więc całkowicie bezpieczna. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, ktoś wypadł ku niej z cienia, powalił ją na ziemię i wyrwał jej torebkę. Nie widziała napastnika, bo zniknął równie szybko, jak się pojawił, zabierając torebkę z dwunastoma dolarami i nie zrealizowanym czekiem z ubezpieczenia społecznego. Leżała dłuższą chwilę oszołomiona, na pół omdlała i przerażona, po czym spróbowała wstać. Nie mogła. Ból w lewej nodze był nie do wytrzymania. Mówiła później, że padając słyszała trzaśnięcie.

Dalszy ciąg tej historii jest dość typowy. Słysząc krzyk, portier wezwał karetkę. Pani Martin została zawieziona do szpitala. Prześwietlenie wykazało paskudne złamanie w obrębie lewego stawu biodrowego. Niezbędna w tym przypadku operacja wymagałaby tylko dwóch tygodni pobytu w szpitalu. Ale atak serca w pięć dni po operacji powikłał całą sprawę i ostatecznie pani Martin musiała spędzić w szpitalu aż trzy miesiące. Kiedy wreszcie była „gotowa do wypisania”, było też jasne, że ta przedtem zdrowa, energiczna, pełna życia kobieta nie będzie już w stanie radzić sobie mieszkając sama, jak dotychczas. Stanowczo odmówiła zamieszkania z dziećmi, uważając że będzie dla nich ciężarem, a „oni przecież mają dość własnych problemów.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kategorie