Umieszczenie maski tlenowej

Mimo to nie potrafiłem sobie odmówić skosztowania wytrawnego i chłodnego białego wina – „z własnych piwnic”. Gdy tak siedziałem popijając je, nagle cały oblałem się zimnym potem, zakręciło mi się w głowie, zrobiło mi się słabo i… zemdlałem! Właściciel hotelu wiedział, na szczęście, co robić w takiej sytuacji. Umieścił mi na twarzy maskę tlenową (miał tlen w butlach) i gdy po paru minutach odzyskałem przytomność, pomógł mi znaleźć się w pokoju. Chociaż tamtej nocy nie spałem dobrze, nazajutrz poczułem się znacznie lepiej. Nasz gospodarz zapewnił mnie, że nic mi nie będzie i że nie ma potrzeby wzywać miejscowego lekarza. Nie pierwszy raz miał do czynienia z takim przypadkiem. Doradził, bym się nie przemęczał tego dnia i następnego (podejrzewam, że ten człowiek musiał dawno temu przerwać studia medyczne). Miał całkowitą rację. Po trzydziestu sześciu godzinach znów czułem się doskonale.

Opisujję to wszystko dokładnie, bo był to zespół objawów typowy dla choroby wysokościowej, a do tego niewątpliwie przeze mnie sprowokowany. Postępowałem od początku do końca niewłaściwie, ale też dostałem dobrą nauczkę. Podczas następnego pobytu w St. Moritz (a potem w Meksyku i Górach Skalistych) nie miałem już żadnych problemów.

Podobne objawy występują u 25 procent osób, które po raz pierwszy znalazły się na dużych wysokościach (powyżej 2500 m n.p.m.), i są wynikiem niedotlenienia. Nasz organizm, a przede wszystkim mózg, reaguje na niedobór tlenu identycznie jak na nadmiar alkoholu – mdłościami, bólem głowy i bezsennością. Choroba wysokościowa przechodzi sama, podobnie jak kac.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kategorie